
Zdesperowane firmy mające kłopoty, chcące w trudnej dla siebie sytuacji podjąć szybką i skuteczną akcję marketingową, coraz częściej wykorzystują niestandardowe i radykalne środki. Jednym z nich jest killvertising – promocja przez zabijanie.
Kiedy 22 lipca 2002 roku Jon Du Hu, zmyślnie oszukując ochronę, przedarł się na ostatnie piętro jednego z najwyższych wieżowców w Tokio i z tak ogromnej wysokości rozwinął transparent informujący o groźbie samobójstwa, nikt z tłumu obserwujących to zdarzenie gapiów i widzów wielu stacji telewizyjnych nie przeczuwał, że jest świadkiem starannie zaplanowanej akcji reklamowej. Mężczyzna ponad dwie doby negocjował z przedstawicielami policji swoje warunki – opisywał dramatyczną sytuację w domu, która jednak po wszystkim okazała się być przykrywką prawdziwego sensu jego pozornie desperackiego kroku. Trzeciego dnia rano – na oczach setek tysięcy ludzi – Jon Du Hu rzucił się w dół, ciągnąc za sobą rozwinięty nagle transparent z logo jednej z miejscowych firm zajmujących się obsługą zadłużeń. Moment spadania zarejestrowały kamery, reprodukowany był też wiele razy w najważniejszych dziennikach. Taki był początek rewolucji killvertisingu.
Krok nad przepaścią
Śmierć Jon Du Hu, według oświadczeń przedstawicieli firmy, przyniosła jej wzrost sprzedaży usług o około 26%. Mając na uwadze ten japoński przykład, kolejne firmy – w tym europejskie – zaczęły wdrażać do swoich strategii reklamowych killvertising.
Polskim przykładem skutecznie zorganizowanej kampanii killvertisingowej był protest głodowy pracowników jednego ze sklepów sieci Pszczółka - dyskontów w północnej Polsce. Marketerzy z Pszczółki opublikowali w lokalnej prasie pomorskiej ogłoszenia, w których oświadczyli, że pracownicy jednego ze sklepów podjęli strajk głodowy i są gotowi na wszystko. Warunkiem przerwania głodówki był wzrost sprzedaży w kilku wybranych oddziałach. Nagłośniona przez media akcja spotkała się z szerokim odbiorem konsumentów. – Nie mieliśmy pojęcia, że odzew będzie aż tak silny. – przyznał Jarek Kaczyński, dyrektor działu marketingu Pszczółki – Myślę, że tak mocny efekt uzyskaliśmy dzięki nie tylko klasycznych działań PR, ale również zaangażowaniu w Internecie. Blog glodujacyzpszczolki.blox.pl miał w okresie trwania kampanii średnio kilka tysięcy odwiedzin dziennie. W komentarzach wiele osób deklarowało, że zrobiło lub wkrótce zrobi zakupy w wybranych sklepach naszej sieci. Chcielibyśmy taką akcję powtórzyć jeszcze raz. Oczywiście, trzeba będzie zmienić metody. Myśleliśmy o akcji na jeziorze Wigry z tonącą barką. Prowadzimy już rozmowy z pierwszymi osobami, które zgłosiły się do uczestnictwa w tym projekcie.
Killvertising 2.0
Według raportu Edelmana z września 2005 roku, tylko 13% osób decyzyjnych w firmach europejskich i amerykańskich słyszało o killvertisingu. Gotowość realizowania tego typu kampanii wykazało jedynie 4% z nich. Analitycy są zdania, że tak słabe zainteresowanie tą skuteczną przecież strategią promocyjną wynika przede wszystkim z braku odwagi w podejmowaniu niestandardowych akcji reklamowych. Przy zmęczeniu klientów tradycyjnym przekazem o produkcie, tego typu rozwiązania stają się nie ewentualną, ale konieczną i realną alternatywą.
Killvertising rośnie w siłę również w sieci. Jakiś czas temu na listach dyskusyjnych w Warszawie pojawiło się ogłoszenie o sprzedaży nowo narodzonych szczeniaków. Autorka ogłoszenia oświadczała w nim, że jeśli w ciągu tygodnia nie sprzeda wszystkich psów, będzie musiała je zabić. Odzew był piorunujący.
- Inspirowaliśmy się tą akcją Marzeny Gryz – opowiada Aleksander Miller, właściciel portalu kupalbozabij.pl – chociaż konkretnym wzorem był dla nas portal aukcyjny Killbuy.com. Nasza strona, realizując idee Web 2.0, pozwala na tworzenie mikro społeczności wokół akcji killvertisingowych. Każdy z użytkowników może założyć własną aukcję, w której licytowana jest zgłoszona przez nią osoba lub zwierzę. Goście portalu mogą kupować i sprzedawać groźby. Odpowiednio atrakcyjny szantaż gwarantuje im potem sprzedaż wystawionego na sprzedaż produktu.
Nie zapomnijcie o etyce
Killvertising wydaje się być skutecznym narzędziem marketingowym. W obliczu kryzysu standardowych rozwiązań promocyjnych, ma szansę stać się wygodną i atrakcyjną alternatywą dla marketingu szeptanego, który również wszedł już na stałe do wachlarza usług polskich agencji reklamowych. Oporem przed masowym stosowaniem tego typu rozwiązań są jednak nie tylko dosyć wysokie koszty spektakularnych akcji killvertisingowych, ale również kwestie etyczne. Eksperci branży mają wątpliwości, czy tego typu akcje mogą być realizowane przez osoby niepełnoletnie. Sprawa wymaga więc wielu dyskusji i wypracowania czytelnych i powszechnie akceptowanych reguł. Kiedy to zadanie zostanie zrealizowane, przed killvertisingiem otworzą się nowe rynki i nowe branże.
Źródło: 